Wiedeń na weekend - co zwiedzać? cz.1

W długi weekend majowy wybraliśmy się na wycieczkę do Wiednia. Ok, głównym celem był odbiór szczeniaka z wiedeńskiego lotniska, ale skoro już mieliśmy zrobić te 600km, to czemu nie zostać paru dni i nie pozwiedzać?

Nie powiem, żebym jakoś szczególnie polubiła to miasto. Ot, miejsce jakich wiele. Nie chwyciło mnie za serce tak jak mój ukochany Paryż. Na pewno jest jednak warte zwiedzenia i myślę, że parę dni jest wystarczającą ilością czasu, żeby zobaczyć praktycznie wszystko.


Jak byłam mała to byłam ogromną fanką Sisi :)) Oglądałam filmy, seriale, bajki... Przeszukując internet w poszukiwaniu ciekawych miejsc znalazłam ofertę "Sisi Ticket" - w cenie jednego biletu mieliśmy dostęp do cesarskich apartamentów, muzeum Sisi, kolekcji srebra i mebli w Hofburgu oraz do pałacu Schonbrunn. Wszystko to za 25,5e/osoba dorosła. Zdecydowanie najbardziej opłacalna oferta, dzięki której mogliśmy zwiedzić to co mnie najbardziej interesowało, to co było najbardziej związane z Sisi:)



Hofburg, czyli pałac władców, mieści się w samym centrum Wiednia. Wizytę rozpoczęliśmy od stania w kolejce oczywiście ;-) Trzeba przyznać, że wszędzie były ogromne tłumy. Przed bramą na placu św. Michała można obejrzeć wykopaliska z czasów starożytnego Rzymu. Zwiedzanie pałacu (po zakupieniu Sisi Ticket) rozpoczęliśmy od Muzeum Sisi i zbiorów srebra. Osoby niezaznajomione z jej osobą mogły zapoznać się ze szczegółami z jej życia, dodatkowo wystawione były wszystkie skarby, które nazbierała - ogromne ilości świeczników, zastaw stołowych i przeróżnych innych rzeczy. Miejsce, które zrobiły na mnie jeszcze większe wrażenie to cesarskie apartamenty, naprawdę było co oglądać. Najbardziej zdziwiły mnie podwójne drzwi z korytarzem, które oddzielały Sisi i jej męża od siebie, dziwne zasady panowały w ich małżeństwie;-)



Pałac Schonbrunn odwiedziliśmy po południu, mieści się trochę na uboczu, z dala od centrum. Tereny wchodzące w skład pałacu są ogromne - i plac przed, i ogrody... Tutaj znowu oczywiście oczekiwanie w kolejce, a potem długie zwiedzanie. Dzięki Sisi Ticket załapaliśmy się nawet na dłuższe zwiedzanie niż inni, ze zwykłymi biletami i to właśnie w tej drugiej części było najciekawiej. Po zakończeniu zwiedzania wszystkich sal i komnat, jeśli ktoś jeszcze ma siłę może udać się na spacer do ogrodu. My nie mieliśmy;-)



Sporą niespodzianką było dla mnie odkrycie, że i w Hofburgu, i w Schonbrunnie były dostępne darmowe słuchawki z polskim tłumaczeniem. Po wejściu do każdej sali wybierało się odpowiedni numer i lektor opowiadał o danym miejscu w naszym języku. Świetna sprawa!



W następnym wpisie o Wiedniu dam znać co można zwiedzić za darmo i gdzie warto wybrać się na zakupy;-)

Byliście w Wiedniu? Jak Wam się podobało? A może dopiero planujecie się wybrać? Dajcie znać:)

Kocham Paryż :)

Uwielbiam Francję, mam na jej punkcie prawie obsesję (z przymrużeniem oka;)) i ciągnie mnie między innymi do książek w tej tematyce. Stąd nie mogło nie znaleźć się na mojej półce 'Kocham Paryż' autorstwa Isabelle Lafleche.



Przeczytałam już wiele 'francuskich' książek - pisanych przez Francuzów, pisanych przez obcokrajowców o życiu czy zwiedzaniu tego kraju. Lubię te oparte na faktach, ale czasem sięgam również po powieści, takie jak ta stworzona przez panią Lafleche.

Historia opowiada o francuskiej prawniczce, która po roku pobytu w Nowym Jorku wraca 'na stare śmieci' do Paryża, by pracować dla marki Dior. I wszystko byłoby świetnie - jest Paryż, jest moda - idealna książka na lato. Niestety nie dla mnie.

Podejście do życia i sposób bycia głównej bohaterki przez całą książkę mnie irytowały. Bardzo łatwo mnie "namówić" na przeczytanie całej serii książek, jeśli właśnie do gustu przypadła mi główna postać. Działa to również niestety w drugą stronę, tak jak w tym przypadku.
Druga sprawa - wszystko jakieś takie potraktowane po łebkach (praca Catherine, jej związek) i bardzo nierzeczywiste (jej praca...) i przekombinowane (zakończenie książki).


Plusy?
Parę opisów Paryża, jego miejsc, kawiarni czy knajp. Dla mnie jako fanki tego miasta było to bardzo przyjemne uzupełnienie książki. Choć i tak nadal mi mało, biorąc pod uwagę tytuł;-)
Czyta się szybko - litery duże, stron niedużo, akcja rozwija się błyskawicznie.

Nie odradzam tej książki, bo może się ona podobać, w końcu ma być 'lekką' lekturą na ciepłe dni. Z tym, że nie radziłabym się nastawiać na coś niesamowitego;-)

Czytałyście tę lub poprzednią powieść Isabelle Lafleche?

Najwspanialsi, najpiękniejsi, najcudowniejsi...

Mowa oczywiście o moich ukochanych psach, które są nieodłączną częścią mojego życia. Ostatnio w końcu pogoda się poprawiła i jeden wieczór był wyjątkowo ładny, więc psom zafundowałam sesję zdjęciową;-) Czy wspominałam już, że dorobiłam się nowego obiektywu? Canon EF 50mm f/1.8 w końcu jest mój:))

Psy mam cztery, moje najmłodsze dziecko;) ma obecnie 4 miesiące i przyleciało do mnie z USA. Jest cudowną, słodką czekoladową dziewczynką kochającą cały świat:) Pozostała trójka w niczym jej nie odbiega;) Wszystkie moje psy są z grupy ras pasterskich i na co dzień wspólnie zajmujemy się trenowaniem psich sportów, ale nie będę Was tym zanudzać;-)








Lubicie psy? Zauważyłam, że większość blogerek to jednak kociary;-) A jak jest z tym u Was?

Sezon na... jagody!

Uwielbiam jagody, ale nigdy nie chce mi się ich zbierać;-) Posiłkować się muszę kupnymi na targu, co niestety jest dość drogim interesem, ale raz na jakiś czas można:)
Kupiłam kilogram jagód i wiedziałam, że czas w końcu na jagodzianki! Pomimo, że swego czasu piekłam dużo i różnorodnie, to tych słodkich bułeczek z jagodami jeszcze nigdy nie robiłam. A są takie pyszne... :)

Zapraszam na jagodzianki z nadzieniem serowym:)
Przepis znalazłam na mojewypieki.com


Składniki na ciasto:
300ml letniego mleka
60g masła
100g cukru
pół łyżeczki soli
2 duże jajka
560g mąki pszennej
10g suchych drożdży

Składniki na masę serową:
400g półtłustego twarogu
2 łyżki masła
2 żółtka
2 łyżki mąki ziemniaczanej
5 łyżek cukru z wanilią

Dodatkowo:
400g jagód

Mieszamy mleko z masłem, cukrem i jajkami.
W drugiej misce łączymy mąkę z drożdżami, dodajemy sól i mleczną mieszankę z pierwszej miski. Wyrabiamy ciasto i odstawiamy na 1,5h do wyrośnięcia.

W tym czasie robimy masę serową: wszystkie składniki ze sobą mieszamy widelcem (lub jeszcze lepiej - w blenderze).

Po 1,5h ciasto krótko wyrabiamy i rozwałkowujemy na kwadrat 45x45cm. Kroimy go na pół i każdą część smarujemy masą serową oraz posypujemy jagodami. Składamy na pół i kroimy na ok 8 części.


Jagodzianki układamy w (wyłożonej papierem do pieczenia) blaszce obok siebie (tak by się stykały bokami), zostawiamy na chwilę do ponownego wyrośnięcia.
Pieczemy ok 25min w 180-200st. Upieczone lukrujemy.


Smacznego!:)

Zostało mi jeszcze 0,5kg jagód, macie pomysł co z nimi zrobić? Pierogi odpadają, za dużo z tym pracy;-)

Żele pod prysznic i płyn do kąpieli Original Source

Zdecydowanie mogę zaliczyć produkty Original Source do moich ulubionych kosmetyków do kąpieli i pod prysznic.
Uwielbiam je za zapachy (zdecydowanie nierutynowe:)), za konsystencję, za opakowania... Wszystko jest dopracowane i miłe dla oka i ciała.



Obecna edycja limitowana (Carambola) jest po prostu niesamowita. Zapach - genialny! Jak na razie przebił wszystkie dotychczasowe. Słodko-cytrusowy, nie wiem czemu kojarzy mi się z takimi musującymi owocowymi cukierkami... ;) Pachnie przepięknie i kąpiel z nim to czysta przyjemność. Idealny na lato.

Z żelu o zapachu kokosowym już nie jestem tak zadowolona. Coś mi w nim nie pasuje niestety, wyczuwam jakąś taką mydlaną nutę... :(

Za to płyn do kąpieli Orange&Liquorice jest świetny. Miałam już żel o tym samym zapachu, bardzo przypadł mi do gustu, więc nie inaczej było z płynem. Ładnie się pieni i w dodatku tak genialnie barwi wodę na pomarańczowo...;-) Zdecydowanie polecam, ja mam już drugie opakowanie:)


Lubicie kosmetyki Original Source? A może macie jakąś inną ulubioną firmę od żeli pod prysznic? Dajcie znać:)

Nasze wesele - relacja :))

Miało być zupełnie inaczej. Miał być ślub w plenerze w dworku, wesele w namiocie na terenie dworku, miał być DJ, florystka, 5 dań i wiele innych rzeczy. Miało być, ale nie było ;-) Miesiąc przed ślubem podjęliśmy decyzję, że zmieniamy plany. I to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć!

Mieliśmy wspaniałe wesele, które spędziliśmy ze świetnymi ludźmi. Wesele pod naszym nowym domem w naszym nowym ogrodzie:)) Było tak pięknie i nastrojowo, szczególnie kiedy pojawił się zachód słońca na niebie... A potem pod rozgwieżdżonym niebem w blasku świec.... Wszyscy goście byli zachwyceni - i pomysłem, i wykonaniem. Mówili, że takie wesele przynajmniej mocno zapadnie w pamięć, inne niż wszystkie:)
Wyjątkowo nam się też udało z pogodą, to była chyba jedyna słoneczna i gorąca sobota w czerwcu. Noc była bezwietrzna i ciepła. Jednak jakoś wcześniej się tym nie martwiłam, byłam pewna, że wszystko będzie w porządku:) I było:)


Jeśli chodzi o typowo organizacyjne sprawy: mieliśmy oczywiście obsługę - dwie kelnerki, które sprawdziły się świetnie. Stoły i ławki wypożyczyliśmy, tak samo jak i większość naczyń. Nie było obiadu, najpierw pojawiły się ciasta, potem dołączył do nich tort, a wieczorem rozpaliliśmy grilla. Stoły ozdobiły kelnerki, wcześniej odpowiednio przeze mnie poinstruowane;) Potrzebne rzeczy kupiłam w Ikei.
Z całą organizacją nie było praktycznie żadnego kłopotu, w trakcie wesele nie musieliśmy się niczym przejmować.


Tort był przepyszny. Nawet wczoraj zrobiła mi się na niego ochota, mniam:) Ozdobiony delikatnie, na wierzchu każdej części były piękne margaretki z masy cukrowej, a dookoła wstążka. Nie mogliśmy się zdecydować na jeden smak, więc każde piętro było o innym: malinowym, czekoladowym i tiramisu. Ten pomysł też się gościom bardzo spodobał i brali dokładki, żeby spróbować pozostałych smaków;-)

Gdybym miała możliwość cofnięcia czasu to... zdecydowanie wszystko bym powtórzyła tak jak było :) Jestem bardzo bardzo zadowolona z podjętej przez nas, trochę spontanicznie, decyzji. Wszystko było na luzie i bez presji. I w towarzystwie naszych ukochanych psów:)

O samym ślubie jeszcze napiszę, bo przygotowania do niego też są warte opowiedzenia:D Zdjęcia sukni też innym razem;-))

Zamówienia z USA: Bath&Body Works, Yankee Candle, Walmart + organizuję kolejne! :)

W ostatnim czasie dotarły dwa kolejne zamówienia ze Stanów Zjednoczonych :) Jak ja je kocham otrzymywać... ;-)) I chyba nie tylko ja, biorąc pod uwagę zwiększającą się ilość stałych dziewczyn uczestniczących w tych zakupach:D
Dostaję w tym tygodniu milion maili z pytaniami kiedy zorganizuję następne, bo są duże WYPRZEDAŻE (na YC i BBW), więc ogłaszam, że jeśli znajdą się chętne to jeszcze w tym tygodniu mogę złożyć jakieś zamówienie. Zainteresowanych zapraszam do kontaktu na maila: anialuksza@gmail.com
Na zgłoszenia chęci uczestnictwa czekam do piątku 20.06.14
Zasady wspólnych zamówień z USA tutaj: https://docs.google.com/document/d/1FfbSTlp5l4MA20RhQZvzFAExPB_7c688RbLT--G_mZM/edit

Jak zwykle były świetne promocje i nie mogła się nie skusić na...


duże świece Yankee Candle: Chocolate Truffle oraz Berry Jam
Nigdy w życiu nie wydałabym na te świece 100zł, ale na amerykańskiej stronie YC czasem można je dorwać w dobrych promocjach. Wtedy zdecydowanie się to bardziej opłaca:) Pachną przepięknie, udało mi się trafić z zapachami:)


woski, samplery, zapachy do auta Yankee Candle
Kolejny raz była wyprzedaż 'wszystko za 1$', więc skusiłam się na parę drobiazgów, bo w tej cenie w Polsce (ok 3,5zł/szt ze wszystkimi opłatami) w życiu bym ich nie dorwała ;-) Zapach 'whoopie pie' - cudowny!


amerykańskie jedzenie z Walmarta
Nie wychodzi to najtaniej niestety, ale lubię się czasem skusić na coś niedostępnego w Polsce:) Gorąca czekolada z pianki: mmm... pycha! Oreo jeszcze czeka na spróbowanie. A serowy popcorn całkiem niezły;-) Walmart to także raj dla miłośników niedostępnych w Polsce kosmetyków;)


oraz oczywiście Bath&Body Works
Są to zdecydowanie moje ulubione kosmetyki do ciała, szkoda, że nie robią również produktów do twarzy w takich zapachach ;-) Cenowo wychodzą bardzo tanio w porównaniu do Polski, za na przykład kremy do ciała zapłaciłyśmy ok 19zł (ze wszystkimi opłatami). Bardzo lubię również ich świece, dlatego jak zwykle się na nie skusiłam, bo jak zwykle ;) była promocja. Zazwyczaj wtedy można je dorwać za ok 40zł. Pachną i wyglądają bosko, zdecydowanie polecam.

Moi przeszkadzacze w robieniu zdjęć;-) Jedna Amerykanka, również przyleciała do mnie z USA:D



Kolejna paczka dotrze pewnie w połowie lipca, nie mogę się doczekać! ;-)

Ps. Ostatnia paczka z Yankee Candle:D Trochę miałam z tym roboty;)