Kocham Paryż :)

Uwielbiam Francję, mam na jej punkcie prawie obsesję (z przymrużeniem oka;)) i ciągnie mnie między innymi do książek w tej tematyce. Stąd nie mogło nie znaleźć się na mojej półce 'Kocham Paryż' autorstwa Isabelle Lafleche.



Przeczytałam już wiele 'francuskich' książek - pisanych przez Francuzów, pisanych przez obcokrajowców o życiu czy zwiedzaniu tego kraju. Lubię te oparte na faktach, ale czasem sięgam również po powieści, takie jak ta stworzona przez panią Lafleche.

Historia opowiada o francuskiej prawniczce, która po roku pobytu w Nowym Jorku wraca 'na stare śmieci' do Paryża, by pracować dla marki Dior. I wszystko byłoby świetnie - jest Paryż, jest moda - idealna książka na lato. Niestety nie dla mnie.

Podejście do życia i sposób bycia głównej bohaterki przez całą książkę mnie irytowały. Bardzo łatwo mnie "namówić" na przeczytanie całej serii książek, jeśli właśnie do gustu przypadła mi główna postać. Działa to również niestety w drugą stronę, tak jak w tym przypadku.
Druga sprawa - wszystko jakieś takie potraktowane po łebkach (praca Catherine, jej związek) i bardzo nierzeczywiste (jej praca...) i przekombinowane (zakończenie książki).


Plusy?
Parę opisów Paryża, jego miejsc, kawiarni czy knajp. Dla mnie jako fanki tego miasta było to bardzo przyjemne uzupełnienie książki. Choć i tak nadal mi mało, biorąc pod uwagę tytuł;-)
Czyta się szybko - litery duże, stron niedużo, akcja rozwija się błyskawicznie.

Nie odradzam tej książki, bo może się ona podobać, w końcu ma być 'lekką' lekturą na ciepłe dni. Z tym, że nie radziłabym się nastawiać na coś niesamowitego;-)

Czytałyście tę lub poprzednią powieść Isabelle Lafleche?

Najwspanialsi, najpiękniejsi, najcudowniejsi...

Mowa oczywiście o moich ukochanych psach, które są nieodłączną częścią mojego życia. Ostatnio w końcu pogoda się poprawiła i jeden wieczór był wyjątkowo ładny, więc psom zafundowałam sesję zdjęciową;-) Czy wspominałam już, że dorobiłam się nowego obiektywu? Canon EF 50mm f/1.8 w końcu jest mój:))

Psy mam cztery, moje najmłodsze dziecko;) ma obecnie 4 miesiące i przyleciało do mnie z USA. Jest cudowną, słodką czekoladową dziewczynką kochającą cały świat:) Pozostała trójka w niczym jej nie odbiega;) Wszystkie moje psy są z grupy ras pasterskich i na co dzień wspólnie zajmujemy się trenowaniem psich sportów, ale nie będę Was tym zanudzać;-)








Lubicie psy? Zauważyłam, że większość blogerek to jednak kociary;-) A jak jest z tym u Was?

Sezon na... jagody!

Uwielbiam jagody, ale nigdy nie chce mi się ich zbierać;-) Posiłkować się muszę kupnymi na targu, co niestety jest dość drogim interesem, ale raz na jakiś czas można:)
Kupiłam kilogram jagód i wiedziałam, że czas w końcu na jagodzianki! Pomimo, że swego czasu piekłam dużo i różnorodnie, to tych słodkich bułeczek z jagodami jeszcze nigdy nie robiłam. A są takie pyszne... :)

Zapraszam na jagodzianki z nadzieniem serowym:)
Przepis znalazłam na mojewypieki.com


Składniki na ciasto:
300ml letniego mleka
60g masła
100g cukru
pół łyżeczki soli
2 duże jajka
560g mąki pszennej
10g suchych drożdży

Składniki na masę serową:
400g półtłustego twarogu
2 łyżki masła
2 żółtka
2 łyżki mąki ziemniaczanej
5 łyżek cukru z wanilią

Dodatkowo:
400g jagód

Mieszamy mleko z masłem, cukrem i jajkami.
W drugiej misce łączymy mąkę z drożdżami, dodajemy sól i mleczną mieszankę z pierwszej miski. Wyrabiamy ciasto i odstawiamy na 1,5h do wyrośnięcia.

W tym czasie robimy masę serową: wszystkie składniki ze sobą mieszamy widelcem (lub jeszcze lepiej - w blenderze).

Po 1,5h ciasto krótko wyrabiamy i rozwałkowujemy na kwadrat 45x45cm. Kroimy go na pół i każdą część smarujemy masą serową oraz posypujemy jagodami. Składamy na pół i kroimy na ok 8 części.


Jagodzianki układamy w (wyłożonej papierem do pieczenia) blaszce obok siebie (tak by się stykały bokami), zostawiamy na chwilę do ponownego wyrośnięcia.
Pieczemy ok 25min w 180-200st. Upieczone lukrujemy.


Smacznego!:)

Zostało mi jeszcze 0,5kg jagód, macie pomysł co z nimi zrobić? Pierogi odpadają, za dużo z tym pracy;-)

Żele pod prysznic i płyn do kąpieli Original Source

Zdecydowanie mogę zaliczyć produkty Original Source do moich ulubionych kosmetyków do kąpieli i pod prysznic.
Uwielbiam je za zapachy (zdecydowanie nierutynowe:)), za konsystencję, za opakowania... Wszystko jest dopracowane i miłe dla oka i ciała.



Obecna edycja limitowana (Carambola) jest po prostu niesamowita. Zapach - genialny! Jak na razie przebił wszystkie dotychczasowe. Słodko-cytrusowy, nie wiem czemu kojarzy mi się z takimi musującymi owocowymi cukierkami... ;) Pachnie przepięknie i kąpiel z nim to czysta przyjemność. Idealny na lato.

Z żelu o zapachu kokosowym już nie jestem tak zadowolona. Coś mi w nim nie pasuje niestety, wyczuwam jakąś taką mydlaną nutę... :(

Za to płyn do kąpieli Orange&Liquorice jest świetny. Miałam już żel o tym samym zapachu, bardzo przypadł mi do gustu, więc nie inaczej było z płynem. Ładnie się pieni i w dodatku tak genialnie barwi wodę na pomarańczowo...;-) Zdecydowanie polecam, ja mam już drugie opakowanie:)


Lubicie kosmetyki Original Source? A może macie jakąś inną ulubioną firmę od żeli pod prysznic? Dajcie znać:)

Nasze wesele - relacja :))

Miało być zupełnie inaczej. Miał być ślub w plenerze w dworku, wesele w namiocie na terenie dworku, miał być DJ, florystka, 5 dań i wiele innych rzeczy. Miało być, ale nie było ;-) Miesiąc przed ślubem podjęliśmy decyzję, że zmieniamy plany. I to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć!

Mieliśmy wspaniałe wesele, które spędziliśmy ze świetnymi ludźmi. Wesele pod naszym nowym domem w naszym nowym ogrodzie:)) Było tak pięknie i nastrojowo, szczególnie kiedy pojawił się zachód słońca na niebie... A potem pod rozgwieżdżonym niebem w blasku świec.... Wszyscy goście byli zachwyceni - i pomysłem, i wykonaniem. Mówili, że takie wesele przynajmniej mocno zapadnie w pamięć, inne niż wszystkie:)
Wyjątkowo nam się też udało z pogodą, to była chyba jedyna słoneczna i gorąca sobota w czerwcu. Noc była bezwietrzna i ciepła. Jednak jakoś wcześniej się tym nie martwiłam, byłam pewna, że wszystko będzie w porządku:) I było:)


Jeśli chodzi o typowo organizacyjne sprawy: mieliśmy oczywiście obsługę - dwie kelnerki, które sprawdziły się świetnie. Stoły i ławki wypożyczyliśmy, tak samo jak i większość naczyń. Nie było obiadu, najpierw pojawiły się ciasta, potem dołączył do nich tort, a wieczorem rozpaliliśmy grilla. Stoły ozdobiły kelnerki, wcześniej odpowiednio przeze mnie poinstruowane;) Potrzebne rzeczy kupiłam w Ikei.
Z całą organizacją nie było praktycznie żadnego kłopotu, w trakcie wesele nie musieliśmy się niczym przejmować.


Tort był przepyszny. Nawet wczoraj zrobiła mi się na niego ochota, mniam:) Ozdobiony delikatnie, na wierzchu każdej części były piękne margaretki z masy cukrowej, a dookoła wstążka. Nie mogliśmy się zdecydować na jeden smak, więc każde piętro było o innym: malinowym, czekoladowym i tiramisu. Ten pomysł też się gościom bardzo spodobał i brali dokładki, żeby spróbować pozostałych smaków;-)

Gdybym miała możliwość cofnięcia czasu to... zdecydowanie wszystko bym powtórzyła tak jak było :) Jestem bardzo bardzo zadowolona z podjętej przez nas, trochę spontanicznie, decyzji. Wszystko było na luzie i bez presji. I w towarzystwie naszych ukochanych psów:)

O samym ślubie jeszcze napiszę, bo przygotowania do niego też są warte opowiedzenia:D Zdjęcia sukni też innym razem;-))

Zamówienia z USA: Bath&Body Works, Yankee Candle, Walmart + organizuję kolejne! :)

W ostatnim czasie dotarły dwa kolejne zamówienia ze Stanów Zjednoczonych :) Jak ja je kocham otrzymywać... ;-)) I chyba nie tylko ja, biorąc pod uwagę zwiększającą się ilość stałych dziewczyn uczestniczących w tych zakupach:D
Dostaję w tym tygodniu milion maili z pytaniami kiedy zorganizuję następne, bo są duże WYPRZEDAŻE (na YC i BBW), więc ogłaszam, że jeśli znajdą się chętne to jeszcze w tym tygodniu mogę złożyć jakieś zamówienie. Zainteresowanych zapraszam do kontaktu na maila: anialuksza@gmail.com
Na zgłoszenia chęci uczestnictwa czekam do piątku 20.06.14
Zasady wspólnych zamówień z USA tutaj: https://docs.google.com/document/d/1FfbSTlp5l4MA20RhQZvzFAExPB_7c688RbLT--G_mZM/edit

Jak zwykle były świetne promocje i nie mogła się nie skusić na...


duże świece Yankee Candle: Chocolate Truffle oraz Berry Jam
Nigdy w życiu nie wydałabym na te świece 100zł, ale na amerykańskiej stronie YC czasem można je dorwać w dobrych promocjach. Wtedy zdecydowanie się to bardziej opłaca:) Pachną przepięknie, udało mi się trafić z zapachami:)


woski, samplery, zapachy do auta Yankee Candle
Kolejny raz była wyprzedaż 'wszystko za 1$', więc skusiłam się na parę drobiazgów, bo w tej cenie w Polsce (ok 3,5zł/szt ze wszystkimi opłatami) w życiu bym ich nie dorwała ;-) Zapach 'whoopie pie' - cudowny!


amerykańskie jedzenie z Walmarta
Nie wychodzi to najtaniej niestety, ale lubię się czasem skusić na coś niedostępnego w Polsce:) Gorąca czekolada z pianki: mmm... pycha! Oreo jeszcze czeka na spróbowanie. A serowy popcorn całkiem niezły;-) Walmart to także raj dla miłośników niedostępnych w Polsce kosmetyków;)


oraz oczywiście Bath&Body Works
Są to zdecydowanie moje ulubione kosmetyki do ciała, szkoda, że nie robią również produktów do twarzy w takich zapachach ;-) Cenowo wychodzą bardzo tanio w porównaniu do Polski, za na przykład kremy do ciała zapłaciłyśmy ok 19zł (ze wszystkimi opłatami). Bardzo lubię również ich świece, dlatego jak zwykle się na nie skusiłam, bo jak zwykle ;) była promocja. Zazwyczaj wtedy można je dorwać za ok 40zł. Pachną i wyglądają bosko, zdecydowanie polecam.

Moi przeszkadzacze w robieniu zdjęć;-) Jedna Amerykanka, również przyleciała do mnie z USA:D



Kolejna paczka dotrze pewnie w połowie lipca, nie mogę się doczekać! ;-)

Ps. Ostatnia paczka z Yankee Candle:D Trochę miałam z tym roboty;)


CZACZ - miasto jednym wielkim targowiskiem + moje zakupy do domu

Po wielu miesiącach zbierania się do tego, dzisiaj w końcu wybraliśmy się do Czacza. Dowiedziałam się o tym miejscu dopiero w zeszłym roku, pomimo, że (jak się okazało) jest bardzo popularne i znane w Polsce, ludzie zjeżdżają tutaj na zakupy z całego kraju. Czym zasłynęło? Tym, że praktycznie całe miasteczko to jeden wielki targ z różnościami. Kupicie tam wszystko - od tandetnych i zniszczonych drobiazgów po wartę mnóstwo pieniędzy antyki. Dosłownie w co drugim domu, stodole, tudzież przerobionej szklarni, znajdują się punkty sprzedaży wszystkiego. Przeważnie są to artykuły przywiezione z zachodu, ale znaleźć można tam naprawdę co dusza zapragnie ;-) Przede wszystkim meble, ale jest i mnóstwo rowerów, rzeczy codziennego użytku czy akcesoriów dla dzieci i zwierząt.


Bardzo kusiło mnie odwiedzenie tego miejsca, szczególnie, że z Poznania do Czacza jest ok 60km, a z mojego obecnego miejsca zamieszkania ledwie 35km. Pojechaliśmy z myślą kupienia mebli ogrodowych - stołu, krzeseł, pawilonu. Przy okazji wpadło parę innych rzeczy ;-)


W wielu miejscach, w przypadku wielu produktów można natrafić na niezłe okazje cenowe i perełki. Na pewno trzeba uzbroić się w cierpliwość i ogromną ilość czasu, bo przejście wszystkich pawilonów i miejsc zajmuje kupę czasu. Zazwyczaj jednak, z tego co wywnioskowałam z rozmów z ludźmi, spokojnie można znaleźć to po co się przyjechało:)
Trzeba jednak uważać, bo niektórzy sprzedawcy są oderwani od rzeczywistości i ceny jakie proponują są z kosmosu. Na przykład za zwykłe plastikowe krzesła ogrodowe niektórzy chcieli nawet 45zł, gdzie za niższą cenę można je dostać w marketach - NOWE. Pochodziliśmy, popatrzeliśmy i dorwaliśmy nasze w niezłym stanie za 10zł/szt ;-)


Jeśli ktoś ma cierpliwość i lubi tego typu miejsca to naprawdę polecam się wybrać. My za jakiś czas na pewno tu wrócimy :)
Z naszych dzisiejszych zakupów jestem bardzo zadowolona, najbardziej z tego zestawu:


Będzie idealnie pasował do mojego wiejskiego domku <3 Oba meble są nowe, cenowo może nie były szczególną okazją (450zł za całość), ale tak mnie urzekły, że musiałam je mieć:)

Kupiłam też wiklinowe kosze: jeden na pranie do łazienki (20zł) i jeden do zasadzenia w nim kwiatów na taras (15zł). Ten drugi planuję przemalować na biało:)



Słyszeliście o Czaczu? Byliście, lubicie takie miejsca? ;-)